niedziela, 13 marca 2011

Zatopienie USS „Indianapolis”


Dwusilnikowy Lockheed „Ventura" porucznika Wilbura Gwinna wystartował 2 sierpnia 1945 r. wkrótce po godzinie 8.00 z lotniska na Peleliu z zadaniem patrolowania akwenu na północ od wyspy. Lot trwał już trzy godziny i w rejonie punktu zwrotnego Gwinn obniżył wysokość; na dotychczasowej zaczynała się tworzyć warstwa stratocumulusa, a porucznik był zdania, że wskazania radaru warto i należy uzupełniać obserwacją wizualną. Zszedł zatem na małą wysokość. I wówczas zainteresował go pewien szczegół na powierzchni oceanu. Przypatrzył się: tak, nie ulegało wątpliwości, wśród fal wystawała z tłustej plamy ropy naftowej głowa człowieka. W chwilę potem mógł rozróżnić następną, a potem dostrzegł kilkanaście dalszych. Zastanowił się: podczas porannej odprawy nic mu nie wspominano o obecności własnych jednostek w tym rejonie. Czyżby to byli Japończycy? Pomocy należało jednak udzielić
każdemu. Porucznik polecił zrzucić z samolotu tratwy i kamizelki ratunkowe oraz boje sygnalizacyjne.

O 11.25 poszła w eter depesza o trzydziestu rozbitkach. W kwadrans później trzeba ją było uzupełnić. Gdy dostrzeżono jeszcze jedną grupę: około stu kołyszących się na falach maleńkich kropek, stało się jasne, że rozegrała się na morzu jakaś wielka tragedia. Wojna dobiegała końca. Japońskie samoloty, jednostki floty, a nawet okręty podwodne z rzadka już tylko pojawiały się na szerokich obszarach Pacyfiku, toteż dowództwo amerykańskiej marynarki zadecydowało, że ciężki krążownik USS „Indianapolis", wracający na front po naprawie uszkodzeń, popłynie z wyspy Guam na Filipiny bez żadnej eskorty. Ta nieostrożność dała nieoczekiwaną szansę załodze japońskiego okrętu podwodnego 1-58, która tuż przed północą 29 lipca dostrzegła sylwetkę dużego okrętu i oddała salwę 6 torped, z których dwie trafiły w cel.

Pierwsza eksplodowała na dziobie, druga kilkadziesiąt metrów dalej, tuż przed pomostem, powodując natychmiastowe sparaliżowanie całego pokładowego systemu energetycznego, oświetleniowego i łączności. Obydwie torpedy spowodowały w lewej burcie krążownika potężne wyrwy, przez które zaczęły się wlewać do wnętrza kaskady wody. Od tego momentu zaczął działać splot niekorzystnych czynników. Na okręcie, którego załoga liczyła normalnie 660 ludzi, znajdowało się ich prawie dwa razy więcej. Takie zagęszczenie stało się powodem rozluźnienia niektórych przepisów dotyczących bezpieczeństwa okrętu. I tak, dla zapewnienia należytej wentylacji pozostawiono w stanie otwartym większość wodoszczelnych drzwi. Na drugim pokładzie można było swobodnie przejść przez całą długość kadłuba.

Nic dziwnego, że okręt nabierał teraz wody z przerażającą szybkością i pogłębiał się jego przechył. O godz. 0.14, zaledwie w dwanaście minut po pierwszej detonacji, rufa „Indianapolis" wynurzyła się na chwilę, po czym kadłub zsunął się pod wodę. Wydany na chwilę przedtem rozkaz opuszczenia okrętu dotarł przekazywany głosem tylko do nielicznych. Miejsce zatonięcia znajdowało się mniej więcej w połowie drogi między Guam a Filipinami, w odległości przeszło tysiąca kilometrów od każdej z nich. Najbliższy ląd, archipelag Palau. oddalony był o 450 kilometrów.



Dla około 850 ludzi, którzy przeżyli katastrofę szansa dopłynięcia do tych wysp była niewielka, spodziewali się jednak, że wkrótce już rozpocznie się akcja poszukiwań. Miało się okazać złudą. Część tylko miała na sobie kamizelki ratunkowe, a już zupełnie nieliczni znaleźli schronienie na tratwach, jakie zdołano zrzucić z pokładu. Pozostali czepiali się wszelkich utrzymujących się na wodzie przedmiotów. Rozbitkowie próbowali trzymać się razem, ale wiatr i prądy morskie wkrótce ich rozproszyły. Utrzymywanie kontaktu utrudniały ograniczające widoczność wysokie, oceaniczne fale. Położenie nieszczęśliwych stawało się stopniowo coraz trudniejsze. Wielu było rannych i poparzonych, ci najprędzej znikali z powierzchni wody.

Wkrótce też zaczęły pękać skorodowane ropą koła ratunkowe. Wypchane kapokiem kamizelki były bardziej przydatne, lecz obliczone zaledwie na 46 godzin, zaś rozbitków czekały znacznie dłuższe zmagania z żywiołem. Woda była ciepła, ale dodatkowym wrogiem okazało się wkrótce nieubłagane, pionowo prawie świecące słońce, oślepiające i powodujące oparzenia skóry oraz wywołujące dotkliwe pragnienie. Ci, którzy nie zdołali mu się oprzeć i zaczęli pić wodę morską, konali w męczarniach. Narastający głód powodował opadanie z sił, rezygnację i apatię. Nie da się ustalić liczby ludzi rozszarpanych przez rekiny.

Musiała być ona niemała, gdyż bardzo duży odsetek uratowanych miał na sobie ślady ukąszeń. Mijały godziny, potem dni i noce, a pomocy nie było widać znikąd z Guam wysłano wprawdzie zawiadomienie o wypłynięciu krążownika, ale okręty przestrzegały w czasie rejsów ciszy radiowej, zaś porty docelowe nie miały obowiązku zgłaszać ewentualnych opóźnień ich przybycia. Los USS „Indianapolis" pozostawał więc nieznany, tym bardziej że opóźnienia nawet całych zespołów zdarzały się często, spowodowane akcjami i warunkami bojowymi.

Kilkakrotnie przelatywały nad rozbitkami samoloty, ale były to przeważnie lecące na znacznych wysokościach „Superfortece", których załogi nie miały specjalnych powodów, by przyglądać się powierzchni oceanu. Dopiero przypadek stał się powodem odkrycia nieszczęśliwych w 84 godziny od chwili zatonięcia krążownika!

Pierwsza depesza z pokładu „Ventury" nie wzbudziła w bazie Peleliu większego wrażenia, tym bardziej że odebrano ją w zniekształconej formie. Reakcję wywołało dopiero odebranie drugiego i trzeciego meldunku, jakkolwiek podana liczba rozbitków uważana była za przesadę czy przekłamanie w nadawaniu lub odbiorze. Postanowiono wysłać na zwiad następne samoloty. O 14.15 druga „Ventura" zluzowała Gwinna, któremu kończyło się paliwo.

Na miejscu wypadku znalazła się przypadkowo lecąca z Guam na Leyte łódź latająca „Catalina", która zrzuciła rozbitkom tratwy i nadała meldunek do swojej bazy. Jeszcze jedna „Catalina" nawiązała łączność radiową i nakierowała przepływający w pobliżu niszczyciel. Na plus dla dowodzącego „Cecilem Doyle" komandora Grahama Claytona trzeba zapisać zdolność samodzielnego podejmowania decyzji, bez oczekiwania na impuls czy rozkazy ze strony przełożonych. Na własną odpowiedzialność zmienił on kurs i z maksymalną prędkością skierował się na miejsce katastrofy. Oficjalny rozkaz na ten temat otrzymał po półtorej godzinie. Te 90 minut ocaliło życie niejednemu marynarzowi z „Indianapolis".

Rozbitkowie rozproszeni byli na przestrzeni o długości kilkunastu i szerokości kilku kilometrów. Aby przyspieszyć akcję ratunkową, dowódca „Cataliny" porucznik Adrian Marks postanowił wodować, co też się udało, mimo że od uderzeń o wysokie fale w paru miejscach puściły nity, naddarte też zostało poszycie samolotu. Jego załoga przystąpiła do zatykania otworów i szpar, ale dwa przedziały łodzi latającej napełniały się wodą i wymagały stałego wypompowywania. Mimo to „Catalina", naprowadzana przez krążące nad nią samoloty, podpływała do miejsc gdzie znajdowali się pojedynczy, najbardziej potrzebujący pomocy rozbitkowie i samolot zaczął wkrótce przypominać jakiś wysunięty punkt opatrunkowy. Każdemu przybywającemu na pokład dawano najpierw kubek wody, a potem opatrywano jak się dało rany i oparzenia. Pod wieczór na pokładzie kilkuosobowej lodzi latającej znajdowało się dodatkowo 65 ludzi. Około północy radar zbliżającego się „Doyle'a" wykrył pływające na wodzie samoloty i okręt skierował się ku nim. Niszczyciel wysłał w kierunku „Cataliny" łódź, która zaczęła przewozić rozbitków na jego pokład.

Zetknięcia łodzi z kadłubem samolotu nie przebiegały bezkolizyjnie. Podziurawione poprzednio poszycie doznało nowych uszkodzeń i wkrótce stało się jasne, że „Catalina" nigdy już nie wzniesie się w powietrze. Marks i jego załoga, po wymontowaniu uzbrojenia i najważniejszych części wyposażenia, opuściła rano pokład samolotu. Z niszczyciela wycelowano szybkostrzelne działka. Ich łoskot był jakby podzwonnym dla pływającej „wyspy", której zawdzięczały swe ocalenie dziesiątki ludzi.

Od świtu 3 sierpnia akcja ratunkowa przybrała już bardziej składne i zorganizowane formy. Krążące w górze samoloty rzucały bomby dymne nad miejscami, gdzie ich załogi dostrzegły rozbitków, zaraz też kierował się tam któryś z przybyłych w tym czasie okrętów. Do południa wyłowiono ostatniego spośród tych, którzy przeżyli storpedowanie okrętu i gehennę następnych czterech dni. W wodzie pozostały już tylko ciała zmarłych. Z 1196 ludzi na pokładzie USS „Indianapolis", aż 860 nie dożyło chwili ocalenia. Była to największa tragedia w historii marynarki wojennej USA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz